Tradycja i spuścizna kursów nad Wigrami

We wstępie do swojego artykułu, opublikowanego w piśmie „Harcerstwo” w 1948 roku, dh. hm. Henryk Wechsler pisze, że rozpoczynając pisać o Wigrach i Wigierczykach jest się w sytuacji mówiącego ślepemu o kolorach. Takie porównanie głównie wynika z tego, że sprawa Wigier to zagadnienie tradycji i atmosfery. Może się więc rodzić pytanie, dlaczego za pisanie tego artykułu bierze się ktoś, kto Wigry zna tylko z opowieści? Odpowiedź wydaje mi się prosta, ponieważ sami one bliskie, bo doskonale sobie zdaję sprawę z tego, co mogli odczuwać harcerze przebywający w tamtym terenie i na koniec jestem z Ruchu, który kultywuje tradycje puszczańskie.

Zanim zacznę opisywać kursy nad Wigrami, chwilę poświęcę na analizę tego, jak do nich doszło.

Otóż dokładnie wszystkim wiadomo, że w początkowym okresie istnienia harcerstwo służyło przygotowaniu młodzieży do walki o niepodległość Polski. Ukoronowaniem tej działalności było odzyskanie niepodległości 11 listopada 1918 roku. Krótko po tym wydarzeniu wybuchła wojna polsko-bolszewicka i tutaj też harcerze dali wyraz gotowości bojowej. Jednak po okresie wojen przyszedł czas pokoju i zupełnie nowe warunki dla pełnienia służby harcerskiej. Przed instruktorami stanął nie lada problem, mianowicie wychowanie chłopca w warunkach istniejącej, wolnej Ojczyzny. Trzeba było nauczyć chłopca miłości, pracy, służby dla dobra Ojczyzny. 

Należy też zaznaczyć, że w owych warunkach wyrosło już nowe pokolenie instruktorów, które czynnie włączało się do życia harcerskiego i miało swoje pomysły na harcerstwo w warunkach pokoju.

Z pomocą młodym instruktorom przyszła książka Marii Rodziewiczówny „Lato leśnych ludzi”. Dzisiaj nikt nie wie, kto tę książkę pierwszy przeczytał i postanowił, że w Polsce harcerze w ten właśnie sposób będą żyć i obozować.

Dzisiaj jest też trudne do ustalenia, która z warszawskich drużyn odkryła Wigry i co zdecydowało o tym, że w tym rejonie przez szereg lat odbywały się obozy-kursy. Za pewnik można natomiast uważać, że przyroda, jej piękno, urok, dzikość rzuciła harcerzy na kolana. A zakątek był rzeczywiście urokliwy. Zatoka jeziora otoczona z trzech stron potężnym, dzikim, nieprzebytym lasem. Jak okiem sięgnąć, nigdzie śladów bytności ludzi. W takiej sytuacji człowiek dopiero docenia siłę natury i czuje swą małość. Należy też pamiętać, że przed odzyskaniem niepodległości niemożliwe były tak dalekie wyjazdy. Chłopcy znali przyrodę, ale tę podmiejską. Teraz dopiero, w wolnej Polsce zostało im dane poznać jej piękno w całej okazałości.

Jezioro Wigry. Autor: Merlin, licencja: CC BY-SA 3.0.

Zauroczeni tym zakątkiem, postanowili obozować w tym miejscu. Ale obozowanie w starym stylu byłoby gwałtem na naturze. Dlatego przybysze ustalili nowy na owe czasy styl życia obozowego. Styl ten, zwany puszczaństwem, opierał się głównie na wspomnianej wcześniej książce Marii Rodziewiczówny "Lato leśnych ludzi" i charakteryzował się dążnością do zharmonizowania się z otacząjącą przyrodą.

W obozownictwie puszczaństwo zaznaczyło się usunięciem różnych szczegółów, zaczerpniętych z wojskowości, które w puszczy bardzo raziły i były niepotrzebne. Znikły bramy, ogrodzenia, tabliczki z napisami, ścieżki wykładane kamykami, emblematy z tłuczonej cegły itp. Pojawiły się natomiast totemy, znaki tajemne, znane tylko wtajemniczonym, kręte dróżki podobne dróżkom zwierząt leśnych. Ukryte w gąszczu namioty idealnie wtapiały się w leśny krajobraz. Mieszkańcy biegali półnadzy, z gołymi głowami i zawsze na bosaka, bo takie było prawo, mało przypominając zawsze dbałych o wygląd zewnętrzny chłopców z wielkiego miasta.

Jednak puszczaństwo na tym się nie kończyło, sięgało ono głębiej. Likwidowało bezlitosne formy porządku dnia i wewnętrznej organizacji zajęć. Nikt nie grał pobudki na trąbce, nikt nie stawał w wyrównanych szeregach zbiórek, nie było raportów i meldunków. Miejsce tych resztek wzorów wojskowych zajął obrzęd. Wywiedziony ze starosłowiańszczyzny, stawał się pomostem między życiem leśnych ludzi a otaczającą ich puszczą.

Życie na obozie przesycone było obrzędem i symboliką. Pozdrawiano się ruchem ręki, której rozczapierzone palce symbolizowały rosochate konary dębu; nikt nie używał tytułów organizacyjnych.

Puszczaństwa nie zabrakło również w sposobie prowadzenia zajęć. Tutaj głównie kładziono nacisk na prostotę i odrębność od form życia miejskiego. I choć treść tych zajęć była taka sama jak wszędzie (kurs szkoleniowy podharcmistrzów), to jednak chłopcy biegnący „na igry”, bo tak nazywały się gry i zabawy, czy słuchający z dzienniczkiem na kolanach, jak „Chudy Jastrząb" mówi o gwiazdach, byli skłonni nie pamiętać, że w pierwszym wypadku chodzi o tzw. wychowanie fizyczne, a w drugim o terenoznawstwo.

Czarna Hańcza w rejonie jeziora Wigry. Autor: GMPST2000, licencja CC-BY-NC-SA.

Obozy wigierskie obfitowały również w wiele niekonwencjonalnych pomysłów, mających na celu sprawdzenie zaradności chłopców, m.in. pieczenie chleba na patyku, ryby na desce czy mięsa na kamieniach. Przez cały czas starano się pokazać ucze¬stnikom coś nowego, lepiej przystosowanego do leśnego życia. Nie obawiano się zastępować desek krótko przyciętymi żerdkami, cegieł - kamieniami, łączonymi gliną. Tak zbudowane urządzenia były wprawdzie mniej wy godne i trudniejsze do wykonania, ale lepiej pasowały do puszczańskiego obozowiska.

Życie puszczańskie było podporządkowane puszczańskim prawom. Tak jak życie w puszczy jest surowe i prawe, tak i prawa obozowe w prostych zdaniach ustalały nie tylko wewnętrzny porządek obozu, ale również całą hierarchię, odpowiedzialność i prawa wszystkich mieszkańców obozowiska. Język był leśny. „Pierwszym prawem Rysiów, Żbików, Lisów i innych gromad zamieszkujących brzeg wigierski jest: Wszyscy za jednego, jeden za wszystkich. A drugim - Wszyscy myślą, jeden mówi, wszyscy czynią. A trzecim - Co powiedział Stary Wilk - powiedział”. To było w zasadzie wszystko. Następował jeszcze porządek dnia i kilka zdań objaśniających podane niżej prawa.

Prawa legowiska
  1. Pierwszą zasadą gromady puszczańskiej Przemyszków, Kaziuków i innych znających drogi i ścieżki i tropy puszczy jest: „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, a drugą: „Co powiedział Stary Wilk - powiedział” i trzecią „Wszyscy myślą, jeden mówi i razem czynią”.
  2. Niechaj się więc nikt z gromady puszczańskiej nie waży w czemkolwiek szukać swego żeru z krzywdą drugiego lub zapomnieniem o którymkolwiek z braci ani zmienić choćby na jotę co powiedzianem zostało przez wodzów gromady, ani oddawać się bezmyślności i składaniu na innych, lub bezczynności albo zbytniej gadaninie - a zaś wszędzie ma panować miłość uczynna, karność żelazna, lad i porządek i roztropność i współdziałanie i wielka moc i siła, aby wszystko stężało, zjędrniało, wzmocniło się jak ściana boru nieugięta, jak toń jeziora nieprzenikliwa.
  3. Na czele gromady puszczańskiej stoi wódz puszczy i ma przy sobie swoją radę, która wraz z nim nosi ciężar dnia i jest odpowiedzialna za całość gromady.
  4. Porządek i kolejność łowów, żerowania w naszej puszczy jest następujący: Po wschodzie słońca o znaku szóstym wszyscy rzucają swe leża i wybiegają na świat Boży, poczem stosują się do rozkazów swych wodzów.
  5. W niedzielę i dni poświęcone Wielkiemu Bogu o rannej porze oddają dłuższy pokłon Stwórcy Puszczy i są z Nim na rozmowie, a potem spoczywają.
  6. Ustala się następujące gwizdania w legowisku: zbiórka - szereg krótkich baczność, uwaga - jeden długi zebranie zastępowych - Długi i trzy krótkie alarm - różne naprzemian.
  7. W legowisku każdy pracuje i wypełnia bezwzglgdnie wszystko co mu poleconem zostało z tem jednak, że gdyby w czem został pokrzywdzony lub miałby lepszy sposób wypełniania pracy, lub myśl o lepszej pracy, będzie mógł w każdej chwili o tem powiedzieć starszym i zastosować się do ich sądu.
  8. Niechaj wreszcie wszyscy i każdy z osobna, wielcy i mali, starsi, młodzi i najmłodsi wiedzą i pamiętają, że wszyscy jesteśmy w gromadzie braćmi i jedną wielką puszczańską gromadą i że czy radość, czy smutek jednego jest radością i smutkiem wszystkich i że najmniejszy nawet wilczek ma w każdej chwili dostgp do starszych i do najstarszych i wypowiedzieć może wszystko co chce dla dobra i na pozy tek swój własny i całej gromady - by wszystkim nam dobrze było i z nami wszystkim dobrze.

Wigry to nie tylko styl zwany puszczaństwem, na który składa się sposób obozowania, zdobnictwo, nazewnictwo itp. Na to, że o Wigrach w dalszym ciągu się mówi, obok stylu, decydujący wpływ mieli uczestnicy tamtych obozów, zarówno kursanci jak i kadra.

Kadrą prowadzącą obozy wigierskie byli młodzi instruktorzy warszawscy. O wodzostwie decydowała nie kwestia nominacji, czy stopień, czy funkcja, lecz wyczuwana przez wszystkich wysoka wartość osoby wodza stanowiła o jego pozycji. Wodzostwo nad Wigrami nakładało tylko obowiązki, nie dawało żadnych praw, poza prawem do większej pracy. Zasada ta obowiązywała we wszystkich płaszczyznach. Wodzowie wigierscy nie pozwalali sobie na jakiekolwiek przywileje. Nie było nigdy nad Wigrami gońców, ordynansów czy łączników. Nie było ulg w ubiorze czy trybie życia. Chyba tylko paląca się długo lampka w namiocie wodza lub niezachowanie chwili spoczynku poobiedniego wyróżniało prowadzącego od prowadzonego.

Mała różnica wieku między wodzami a kursantami, miana puszczańskie sprzyjały wytworzeniu się przyjaznego klimatu, wytworzeniu się wspólnoty wigierskiej. Najmłodszy uczestnik obozu wigierskiego od pierwszych chwil spędzonych w obo¬zie czuł się współobywatelem nowej społeczności. Społeczność ta stawała zawsze zespołowo do wszelkich zadań. Nigdy nie mówiono: „rób tak i tak bo inaczej nie ukończysz kursu”. W dzienniczku dh Wechslera „Czarna Pantera” (hm. Władysław Ludwig) napisał: „Stan twojego dzienniczka odbije się na naszej pracy”. Pierwiastek wspólnoty przewijał się na każdym kroku. Nic więc dziwnego, że każdy czuł się odpowiedzialny za całość. Każdy szukał lepszego rozwiązania powierzonej mu pracy i był w tym szukaniu przez wszystkich wspierany.

Wspólnota ta wychodziła daleko poza dni wigierskie, przenosiła się do Warszawy i nadawała całemu gronu instruktorskiemu charakter zwartej gromady.

Ponadto kursy wigierskie nie były łatwe. Od samego początku ich istnienia był mocno lansowany wysoki poziom służący wyrobieniu renomy stopniom harcerskim i instruktorskim. W owym okresie (początek lat dwudziestych), jak możemy przeczytać w artykule Aleksandra Kamińskiego - „Uwagi o kursie instruktorskim” - Harcerstwo nr 9, 10/1926:

(...) Było »harcerską tajemnicą«, że stopnie i sprawności zdobywane przez harcerzy nie odpowiadają wymaganiom prób. Dziesiątki ćwików - to ciamajdy nie potrafiące drewna narąbać, dziesiątki topografów - tylko raz w życiu (przy próbie) robiło szkic. Dyletantyzm zapanował na całej linii. Komenda Kursu Wigierskiego zainicjowała zwrot. Postawiono wymagania przy przyznawaniu stopnia czy sprawności zrównać z poziomem wymagań regulaminów. I oto wyniki:
- na kursie wigierskim na stopień ćwika zgłosiło się 40 harcerzy, przyznano 14 stopni;
- na sprawność rybaka zgłosiło się 12 harcerzy, przyznano 6 sprawności;
- na sprawność kucharza zgłosiło się 12 harcerzy, przyznano 9 sprawności;
- na sprawności samarytańskie zgłosiło się 32 harcerzy, przyznam 11 sprawności;
- na sprawność sygnalisty zgłosiło się 15 harcerzy, nie przyznano żadnej sprawności.
Na chłopców ten nacisk wywarł duże wrażenie. Podniósł znakomicie powagę techniki. Zachęcił do sumiennego opanowywania specjalności.

Podnoszenie poziomu, stawianie wysokich wymagań, tworzenie elitarności okazało się czynnikiem, który wywarł bardzo dobre wrażenie na chłopcach. Właśnie na Wigrach utrwaliło się stwierdzenie, że im coś trudniej jest zdobyć, tym jest to atrakcyjniejsze i docenia się trud, jaki się poniosło, aby to zdobyć.

Na poziom kursu oprócz wysokich wymagań stawianych uczestnikom składał się również program. Program kursu był ze wszech miar surowy. Wymagał od uczestników dużego wysiłku. Tym bardziej że nie dbano o niczyją wygodę. Nielicznych wykładów słuchano siedząc pod jakimś drzewem. Wszystkie zajęcia odbywały się bez względu na pogodę, a pogoda bywała często deszczowa i zimna. Pracy było dużo i musiała być ona wykonana dobrze i prędko. Cały przebieg dnia był zapisany w dzienniczku, przeglądanym co parę dni przez któregoś z Wodzów, a oceny Wodzów były surowe, lecz zachęcające do coraz to lepszej pracy.

Na zakończenie tego artykułu można zadać pytanie, czy Wigry spełniły swoją rolę, czy wykształciły dobre kadry instruktorskie, czy kursy zaowocowały w późniejszym czasie konkretną pracą harcerską? Uważam, że tak. Bowiem kursy oprócz czystej wiedzy teoretycznej, podawanej na wykładach, dawały uczestnikom coś więcej. Dawały im przeżycie harcerstwa. Uczestnicy powtórnie przeżywali harcerstwo, sami doświadczali uroku współzawodnictwa, niewygody, pracy zespołowej. Sami odczuli, jak atrakcyjne mogą być wysokie wymagania, jakie to budzi ambicje i emocje i jaką się ma satysfakcję po ich osiągnięciu. Lecz kurs dawał coś jeszcze, dawał potężne narzędzie do ręki przyszłym instruktorom. Tym narzędziem było PUSZCZAŃSTWO. Puszczaństwo jako styl, puszczaństwo jako obrzęd, puszczaństwo jako pierwiastek przyrodniczy, puszczaństwo jako sposób na harcerstwo w wolnej Polsce.

Komenda kursu wigierskiego w 1926 r. Zdjęcie ze zbiorów hm. Grzegorza Nowika

Na potwierdzenie tego, co napisałem powyżej, przytoczę tylko dwa przykłady.

Pierwszym będzie wypowiedź dh. hm. Michała Więckowskiego, drużynowego 25 WDH im. hetmana Stanisława Żółkiewskiego, uczestnika kursu wigierskiego w 1928 roku. W czasie mojej rozmowy z dh. Więckowskim powiedział, że „przecież przed wojną wszystkie obozy harcerskie były obozami puszczańskimi”. Moim zdaniem jest to dowód na to, że instruktorzy, którzy przeszli przez Wigry, wprowadzali ten styl do swoich drużyn. A że on się przyjął i był rozwijany, świadczyć będzie mój drugi przykład. Jest nim książeczka napisana przez dh. (wówczas) phm. Tadeusza Kwiatkowskiego pt. „Obrzędy harcerskie”, wydana w 1937 roku. W tej książeczce znajdujemy cały rozdział poświęcony puszczaństwu. Są w nim i prawa legowiska takie jak nad Wigrami, i miana puszczańskie takie jak nad Wigrami, i wiele innych obrzędów zaczerpniętych w równym stopniu z Wigier, jak i z książki „Lato leśnych ludzi”.

Już na samo zakończenie chcę dodać, że swój artykuł oparłem w przeważającej mierze na artykule dh. hm. Henryka Wechslera, artykule dh. (wówczas) phm. Aleksandra Kamińskiego i (co jest najbardziej wartościowe) na osobistych kontaktach z dh. Katarzyną Piskorską, Janem Drewnowskim, Edmundem Góreckim, Michałem Więckowskim i Janem Rossmanem.

Wiele z prezentowanych tutaj poglądów jest moimi osobistymi przemyśleniami, przypuszczeniami. Jednocześnie uważam, że kursy wigierskie były kamieniem milowym w rozwoju harcerstwa przedwojennego, a styl, jaki wylansowały - puszczaństwo - sposobem na harcerstwo polskie. Dlatego m.in. zdecydowałem się na napisanie tego artykułu, gdyż nigdy nie wiadomo jakie się poruszy mechanizmy. A Wigry i wigierczycy wymagają tego, aby o nich mówić i pisać.

Może powstać pytanie, czy Wigry można powtórzyć dzisiaj? Tamto pokolenie potrafiło sprostać wymaganiom i znaleźć środek na harcerstwo. Dzisiejsze harcerstwo zależy tylko od nas samych.

ćwik Arkadiusz Awin ("Pracowity Puszczyk")

Tekst pochodzi z „Biuletynu Historycznego Chorągwi Stołecznej ZHP
im. Bohaterów Warszawy” nr 1-4 (32-35), Warszawa 1994.

Zdjęcia: 

Jezioro Wigry. Autor: Merlin, licencja: CC BY-SA 3.0.
Czarna Hańcza w rejonie jeziora Wigry. Autor: GMPST2000, licencja CC-BY-NC-SA.
Komenda kursu wigierskiego w 1926 r., zdjęcie ze zbiorów hm. Grzegorza Nowika.

Ostatnio zmieniany niedziela, 16 październik 2016 13:28

Do góry

banerziel2

Dyrektywa o prywatności i łączności elektronicznej UE

Ta witryna używa ciesteczek. Dzięki nim witryna ma pełną funkcjonalność i przewidziane udogodnienia. Używając tej strony wyrażasz zgodę na zapisywanie ciasteczek na twoim komputerze.

Zobacz dokument: Dyrektywa o prywatności i łączności elektronicznej UE

Zablokowałeś/-aś ciasteczka. Możesz zmienić tę decyzję.

Zezwoliłeś/-aś na zapisywanie ciesteczek na swoim komputerze. Możesz cofnąć tę decyzję.