Operacja „Kutschera” – gdzie zginęli „Sokół” i „Juno”

juno sokol mini2

Zamach na kata Warszawy Franza Kutscherę w dniu 1 lutego 1944 r. był jedną z bardziej spektakularnych akcji bojowych. Przejeżdżając mostem Śląsko-Dąbrowskim mijamy skromną tablicę upamiętniającą dwóch jej uczestników.

Kutschera podczas hitlerowskiej okupacji Warszawy był dowódcą SS i Policji na Dystrykt Warszawski. Nazywany katem Warszawy, od razu po objęciu stanowiska traktował warszawiaków niezwykle brutalnie. Wydał zarządzenie, że za każdy zamach na Niemca będzie publicznie rozstrzeliwał Polaków. Egzekucje miały miejsce na ulicach i rozstrzeliwano w nich przypadkowych ludzi, ujętych w ulicznych łapankach.

Kutschera znając metody pracy polskiego wywiadu konspirował się i nikt z Polaków nie znał jego nazwiska. Malinowe plakaty z listami rozstrzelanych Polaków podpisane były jedynie nazwą jego stanowiska: „Dowódca SS- i Policji na Dystrykt Warszawski".

bekannt1 malin

Za masowe egzekucje Polaków w okupowanej Warszawie Komenda Główna Armii Krajowej w porozumieniu z Rządem Polskim na uchodźstwie skazała Kutscherę na karę śmierci.

Na trop Kutschery wpadł chor. Aleksander Kunicki „Rayski", który rozpracowywał innych wysokich rangą funkcjonariuszy SS. Zauważył on, że do pałacyku przy al. Ujazdowskich 23, w którym Niemcy urządzili siedzibę Dowódcy SS i Policji na Dystrykt Warszawski, codziennie reprezentacyjną limuzyną Opel-Admiral nr SS-20795 podjeżdża hitlerowski generał. Jeden z Polaków pracujących w policji kryminalnej ustalił, że generał mieszka w pobliskim domu przy alei Róż 2, i że jest nim Franz Kutschera.

Przeprowadzenie akcji kpt. Adam Borys „Pług" powierzył I plutonowi kompanii „Agat” (w trakcie przygotowań do operacji oddział musiał zmienić kryptonim na „Pegaz 81", a już po akcji przekształcił się w batalion „Parasol"). Akcją dowodził dowódca plutonu – Bronisław Pietraszewicz „Lot". Łącznie zespół przewidziany do przeprowadzenia akcji liczył 12 ludzi, których wspierać miały łączniczki donoszące broń i fałszywe dokumenty oraz lekarz czekający na ewentualnych rannych od godz. 9.10 na pl. Bankowym.

Pierwsza próba przeprowadzenia akcji miała miejsce w piątek 29 stycznia 1944 około godz. 9. Jednak oddział rozstawiony na stanowiskach w Alejach Ujazdowskich, na ul. Piusa XI (dzisiejszej ul. Pięknej) i Chopina nie doczekał się przejazdu Kutschery. Po półgodzinnym oczekiwaniu „Lot" zarządził zwinięcie akcji...

Wtorek, 1 lutego 1944 r. – ciepły, słoneczny dzień z lekkim, wiosennym wiatrem. W Alejach Ujazdowskich ruch przed dziewiątą rano był niewielki: niewielu przechodniów, od czasu do czasu przejechał samochód. Serce „niemieckiej dzielnicy" w okupowanej Warszawie było rejonem, którego mieszkańcy unikali jak ognia.

O godzinie 9.09 Maria Stypułkowska „Kama" przełożeniem białej pelerynki na ramię zasygnalizowała wyjście Kutschery z domu przy al. Róż 2. Rozpoczęła się akcja. „Kama" przeszła Aleje przed maską jadącego wozu i skierowała się na północ, w kierunku ul. Chopina. Jej sygnał podjęła Elżbieta Dziębowska „Dewajtis", która również przeszła na nieparzystą stronę al. Ujazdowskich i weszła w ul. Chopina. Był to znak dla Anny Szarzyńskiej-Rewskiej „Hanki", która stojąc obok „Lota" ustnie przekazała mu rozpoznanie samochodu Kutschery. „Lot" stojący na rogu Alei i Piusa XI – w miejscu widocznym przez wszystkich uczestników, zdjął kapelusz, co było znakiem dla reszty oddziału, aby udali się z miejsc koncentracji na swoje pozycje bojowe. Michał Issajewicz „Miś" wolno ruszył Adlerem – przez cały czas oczekiwania trzymał silnik pracujący na niskich obrotach. Z ul. Piusa skręcił w lewo, kierując się Alejami w stronę Belwederu. Z daleka dostrzegł limuzynę Kutschery.

Kutschera miał do przejechania około 140 metrów, które dzieliło jego dom od Dowództwa SS. Kiedy dojeżdżał do bramy pałacu, drogę zajechał mu Adler Trumph-Junior kierowany przez „Misia". Kierowca Kutschery zwolnił chcąc przepuścić intruza, a ponieważ „Miś" także zwolnił, włączył żółty, środkowy reflektor, używany przez niemieckich dygnitarzy – był to znak żądania natychmiastowego ustąpienia z drogi. „Miś" zatrzymał wóz na nieprawidłowym pasie i w chwili, gdy auto szefa SS usiłował go wyminąć, ruszył ponownie blokując je. Do zatrzymanego wozu podbiegł „Lot" i z odległości jednego metra otworzył ogień do Kutschery siedzącego obok kierowcy.

W tym samym momencie do wozu podbiegł Zdzisław Poradzki „Kruszynka" strzelając do wyskakującego z kabiny szofera, a następnie oddał serię do Kutschery. Adiutant Dowódcy SS, poprzednio zawsze towarzyszący swojemu szefowi, tego dnia z nim nie jechał. Po pierwszych strzałach generał osunął się ranny na siedzenie. Wówczas z Adlera wyskoczył „Miś" i razem z „Kruszynką" wyciągnęli z wozu dającego jeszcze oznaki życia Kutschery, do którego "Miś" strzelił jeszcze z Parabellum. Razem zaczęli szukać w jego kieszeniach dokumentów, których jednak nie znaleźli (wykonanie zadania było obwarowane uzyskaniem dokumentu tożsamości zabitego). Ostatecznie zabrali tylko pistolet, pięknie inkrustowany złotem, z orłem hitlerowskim na rękojeści Walther PPK kaliber 7,56 mm – obecnie znajdujący się w zbiorach Muzeum Wojska Polskiego – i teczkę Kutschery.

Jeszcze wtedy, gdy „Miś" zajeżdżał drogę Niemcowi, na stanowiska wbiegł cały zespół ubezpieczający, a stojące na ul. Chopina samochody prowadzone przez Kazimierza Sotta „Sokoła" i Bronisława Hellwiga „Bruna" ostro cofnęły tyłem do rogu Alej Ujazdowskich. Zbigniew Gęsicki „Juno", Henryk Humięcki „Olbrzym" i Marian Senger „Cichy" związali ogniem posterunek przed pałacykiem Dowództwa SS. Ulice wypełniał huk granatów i serie z pistoletów maszynowych.

W akcji ranni zostali: „Lot" i „Cichy" w brzuch, a „Olbrzym" w pierś. Niegroźny postrzał w głowę, zaraz po tym jak wraz z „Kruszynką" wyciągnął na jezdnię ciało Kutschery, otrzymał „Miś". Oddział pod silnym ostrzałem, unosząc rannych, wycofał się do samochodów czekających przy rogu ul. Chopina. Zaraz odjechali z miejsca akcji wcześniej wyznaczonymi trasami, przez moment samochody były ostrzeliwane przez hitlerowców. Na tym jednak operacja „Kutschera" nie skończyła się...

„Bruno" do samochodu zabrał zdrowych, „Kruszynkę" i Stanisława Huskowskiego „Alego". Ulicami: Chopina, Mokotowską i Żelazną dojechali do ul. Krochmalnej, gdzie oddali broń łączniczce i zamienili dokumenty. Potem przejechali do Nowego Zjazdu, gdzie „Ali" i „Kruszynka" wysiedli, „Bruno" zaś odstawił auto do garażu przy ul. Ogrodowej 68, po czym wszyscy spotkali się w mieszkaniu rodziców „Sokoła", na Nowym Mieście.

Drugim samochodem „Sokół" zabrał rannych: „Lota", „Olbrzyma", „Misia" i „Cichego" oraz jako ich ubezpieczenie „Juna". Ulicami: Chopina, Mokotowską, Kruczą, Bracką, Zielną i Graniczną przejechali na pl. Bankowy, stamtąd zabrali czekającego lekarza – „doktora Maksa".

Dr Maks wspominał później: Auto podjechało około godziny dziewiątej czterdzieści. Karoseria mocno postrzelana, szyby wybite. Przy prowadzącym auto „Sokole" w pozycji wpółleżącej, blady, bez czapki „Lot". W tyle siedzą „Olbrzym" i „Miś", o „Misia" oparty, zsunięty na podłogę Marian – „Cichy". Ubezpieczający rannych, skulony za szoferem. Gdy spytałem, kto i w co ranny, otrzymałem odpowiedź: „Lot" i „Cichy" ranni w brzuch, „Olbrzym" w piersi, „Miś" w głowę. Usadowiłem się przy „Cichym" i poleciłem jechać do Szpitala Maltańskiego [w gmachu dawnej Resursy Kupieckiej przy ul. Senatorskiej]. Poleciłem broń ukryć, gdyż w szpitalu stał SS-man.

W szpitalu nikt nas nie oczekiwał, zwróciłem się do lekarza dyżurnego z prośbą o przyjęcie rannych, lecz odmówił mi, tłumacząc się tym, że nie ma chirurgów i czystej bielizny do operacji. Ponieważ pozostawienie rannych w brzuch bez operacji nie miało sensu, zdecydowałem, zostawić tylko „Misia" i „Olbrzyma", jako nie wymagających operacji. [...] Pozostałych rannych postanowiłem odwieść do Szpitala Ujazdowskiego, lecz „Lot" z wielkim wysiłkiem uprzedził mnie, że w pobliżu szpitala była akcja.

Zdecydowałem jechać do Szpitala Przemienienia Pańskiego, gdzie pracowałem. Jechaliśmy przez plac Teatralny, Senatorską i Miodową. W czasie jazdy zrobiłem opatrunek „Cichemu". Miał ranę brzucha, przez którą wydostawały się pętle jelit. [...] Przed szpitalem auto zatrzymałem od strony ulicy Brukowej i poleciłem zajechać im po dwóch – trzech minutach, które potrzebne mi były na uprzedzenie lekarza dyżurnego, żeby nie meldował telefonicznie policji o przypadku postrzelenia. Uprzednio pouczyłem rannych, by udawali nieprzytomnych, a „Sokołowi" poleciłem, by zeznał, że rannych zabrał z Dworca Wschodniego, gdzie byli postrzeleni przez straż kolejową w czasie przechodzenia przez tory.

Po odwiezieniu „Lota" i „Cichego" do Szpitala Przemienienia Pańskiego „Sokół" i „Juno", pomimo że mieli nakazane porzucenie wozu po zabezpieczeniu rannych, postanowili wrócić samochodem na lewy brzeg Wisły. Nie wiadomo czemu zdecydowali się jechać dalej postrzelanym samochodem – możliwe, że szkoda im było pozbywać się cennego auta. Możliwe też, że uznali, iż zostawiając auto zbyt blisko narażą rannych.

Most Kierbedzia był już jednak zablokowany przez niemiecką policję. Podobno „Sokół" próbował zawrócić, jednak samochód uderzył w kratownicę mostu. W ostrym starciu ogniowym pięciu Niemców zostało rannych, a jeden zginął. Po wymianie ognia z patrolem policji, „Sokół" i „Juno" zdecydowali się na skok do Wisły. Gdy ich głowy wynurzyły się z nurtów rzeki, policjanci ponownie otworzyli ogień... W miejscu, gdzie „Juno" i „Sokół" skoczyli z mostu do rzeki, co roku warszawiacy wrzucają dwa bukiety kwiatów.

Z powodu odniesionych ran zginęli „Lot" i „Cichy". Przy Alejach Ujazdowskich 23 leży głaz upamiętniający miejsce zamachu. Również tu 1 lutego warszawiacy składają kwiaty.

juno sokol

 

Do góry

banerziel2

Dyrektywa o prywatności i łączności elektronicznej UE

Ta witryna używa ciesteczek. Dzięki nim witryna ma pełną funkcjonalność i przewidziane udogodnienia. Używając tej strony wyrażasz zgodę na zapisywanie ciasteczek na twoim komputerze.

Zobacz dokument: Dyrektywa o prywatności i łączności elektronicznej UE

Zablokowałeś/-aś ciasteczka. Możesz zmienić tę decyzję.

Zezwoliłeś/-aś na zapisywanie ciesteczek na swoim komputerze. Możesz cofnąć tę decyzję.